Nazywam się Łukasz Jędrasiak. Urodziłem się w czarnej dupie zwanej Polską Rzeczpospolitą Ludową, w samym środku niczego otoczonego polem kapusty i zimnioków.

Mniej więcej w tym samym czasie w kraju zniesiono reglamentację cukru, premierę miał Powrót do przyszłości, w Ulicy Sezamkowej pojawił się Elmo, a na świat przyszła Lana Del Rey (na marginesie – zwróciliście uwagę, że w 1969 r. hitem było Born To Be Wild, w 1999 r. Born To Make You Happy, a w 2012 r. Born To Die?).

Szkoła podstawowa i liceum

Jak większość rówieśników z mojego osiedla, małomiasteczkową nudę zabijałem harataniem w gałę i przesiadywaniem na trzepaku. Miałem jednak to szczęście, że moi rodzice nie przejedli kasy z komunii i do spółki z resztą rodzeństwa udało nam się w którymś momencie kupić komputer.

Dwieście megaherców i 16 mega RAM-u było prawdopodobnie więcej warte niż maluch, którym po nie pojechaliśmy. Gdy internety po raz pierwszy wybrzmiały dźwiękiem pipipipipi-diiiing-kszzzz, świat nagle stał się bardziej kolorowy. Niestety, mój młodzieńczy entuzjazm został dosyć szybko zgaszony przez pierwszy rachunek z telekomunikacji.

Nowe gry były poza finansowym zasięgiem, więc z braku laku nauczyłem się robić własne – najpierw w Basicu, a później w Turbo Pascalu. Mimo że nic nie wygrałem w konkursach organizowanych przez CD-Action, to oczami wyobraźni widziałem już swój apartament w zachodnim Berlinie i pensję informatyka wypłacaną w twardej niemieckiej walucie.

Moja kariera programisty została jednak skutecznie zadeptana przez polonistki, notabene wspaniałe kobiety i jeszcze lepsze nauczycielki. Pewnego razu w szkole podstawowej zapomniałem odrobić pracę domową. Moja mama wpoiła nam zasadę, że lepsza jest dwója za błędy niż uwaga za nieprzygotowanie, więc zadaną rozprawkę napisałem na kolanie w trakcie przerwy.

Gdy na kolejnej lekcji zostałem wywołany do tablicy, to – ku mojemu zdziwieniu – zamiast srogiego opierdolu dostałem pochwałę przed całą klasą i sugestię kształcenia się w kierunku pisarstwa czy innego dziennikarstwa. Kilka lat później, w liceum, jeszcze stawiałem opór – rysowałem najładniejsze sinusy, a wzory na ruch prostoliniowy znałem lepiej niż Ojcze nasz.

Wszystko do czasu, gdy na polskim dostaliśmy zadanie opisania, jak wyglądałoby Wesele Wyspiańskiego, gdyby zostało napisane we współczesnych czasach. W imię zasady „Po co zatrzymywać się w połowie drogi?” napisałem ten cholerny dramat od nowa, czerpiąc pełnymi garściami z ówczesnej popkultury i jej słownictwa. Za pomysł dostałem szóstkę, a za wulgaryzmy mamę wezwano na dywanik.

Studia

Później poszło już z górki. Matura dziwnym trafem zbiegła się z przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Między jednym cavalierem a drugim (tanie wina są dobre, bo tanie) wymyśliłem sobie, że skoro i tak wybieram się na WDiNP, to sobie pójdę na europeistykę, bo pewnie będzie mniejsza konkurencja, a i o robotę będzie później łatwiej.

Po przeprowadzce do lepszej części Polski zachłysnąłem się wielkomiejskim życiem i milionami brukselskich euro, które zaczęły płynąć szerokim strumieniem i tylko czekały, aż ktoś po nie sięgnie. Do pracy jeździłem mercedesem, na imprezach piłem whisky, a za pozyskanie środków na asfalt w Kałuszynie wyremontowałem mieszkanie. W którymś momencie poczułem jednak, że to bananowe życie jakoś mnie już nie kręci. Za ostatnie pieniądze założyłem fundację i wróciłem do tego kurwidołka, z którego tak bardzo chciałem się kiedyś wyrwać.

Fundacja Biuro Projektów Lokalnych

Fundacja była złotym dzieckiem lokalnego trzeciego sektora. Zaczynaliśmy w piwnicy sklepu spożywczego, a kończyliśmy w prestiżowej lokalizacji z sześcioma pracownikami na pokładzie, najnowszym sprzętem komputerowym, działającym CRM-em, nienaganną opinią i planem rozwoju na kolejne 10 lat. Dumą napawa fakt, że część ówczesnych projektów przetrwała do dzisiaj i dalej służy lokalnej społeczności (zobacz: przykładowe projekty).

Popełniłem jednak błąd – zaangażowałem się w spore przedsięwzięcie z tutejszym samorządem – lukratywne, ale niezgodne z misją organizacji (zobacz: misja organizacji). Gdy rzeczywiste wskaźniki zaczęły odbiegać od wartości nagryzmolonych na papierze, zaczęło się polowanie na czarownice. Mając przed oczami wizję zwracania kilkudziesięciu tysięcy złotych za cudze błędy, przeprowadziłem „kontrolowaną upadłość” organizacji.

Na grobie dzieła mojego życia wykiełkowała wtedy – pielęgnowana zresztą do dzisiaj – niechęć do zaściankowej polityki, publicznych pieniędzy oraz krewnych-i-znajomych królika.

Kuźnia Druku i Graweromat.pl

Mając świadomość, że łaska pana rozdającego granty i dotacje na pstrym koniu jeździ, razem z bratem równolegle rozwijaliśmy najbardziej przekozacką agencję reklamową między Łodzią a Warszawą. Kuźnia Druku była srebrnym dzieckiem lokalnego biznesu. Zaczynaliśmy z jedną używaną drukarką, a kończyliśmy na 160 m2 powierzchni produkcyjnej z pięcioma pracownikami na pokładzie, najnowszym sprzętem poligraficznym, działającym CRM-em, dobrą opinią i dwoma planami rozwoju.

Obie wizje przyszłości były jednak na tyle ambitne i zuchwałe, że w którymś momencie przestały się zbiegać w jednym punkcie. Wtedy popełniłem kolejny błąd – zgodziłem się na podzielenie naszej wschodzącej gwiazdy na dwie firmy. W ten sposób zostałem stolarzem: pół profesjonalistą (bo na tym zarabiałem) i pół amatorem (bo na początku nie miałem o tym zielonego pojęcia).

Z perspektywy czasu widzę, że prowadzenie firmy to nieustanna wojna pomiędzy osobowością wizjonera, menadżera i specjalisty technicznego. Przy trzyosobowym zarządzie koncepcja ta generowała całkiem dobre wyniki. Przy dwóch osobach mechanizm skrzypiał, ale trybiki dalej się kręciły. Monowładza była niesamowicie kusząca, ale jak już walnęła, to z przytupem i minusem w księgach zarysowanym grubą kreską.

MGL sp. z o.o. (Grupa MAGO S.A.)

Mniej więcej w tym samym czasie, gdy uświadomiłem sobie, że sklejka jednak nie jest moją drogą do samorealizacji (zobacz: elevator pitch firmy), duża firma produkcyjna z okolicy uruchomiła rekrutację do jednoosobowego działu marketingu. Na jednej szalce położyłem pobudki na 8 rano, a na drugiej brak konieczności wysyłania kontrahentom wezwań do zapłaty. O ostatecznym zwycięstwie korporacyjnego ładu nad przedsiębiorczym kieratem zadecydowała możliwość mycia rąk po skorzystaniu z toalety, a nie przed.

Ubolewam, że mój chlebodawca – mimo moich usilnych starań – nadal nie jest europejskim liderem w swojej branży, ale czego się tutaj dowiedziałem, to moje.

Po pierwsze – zobaczyłem, jak wyglądają prawdziwe zabawki dla dużych chłopców. Mój laser i frezarka, z których byłem taki dumny, to zaledwie igraszki w porównaniu do maszyn umiejących przetrawić kilkaset ton stali dziennie.

Po drugie, zapragnąłem mieć takiego samego robota (tylko trochę mniejszego), który spawa tutaj klamoty – zaprogramowałbym go do prasowania. Co prawda po przeliczeniu szekli w kieszeni wystarczyło tylko na roombę, ale przynajmniej znalazłem sobie nowe hobby.

Marka osobista

Stabilizacja wyrażona 7-cyfrowym kapitałem zakładowym ma też drugą, mniej błyszczącą stronę medalu. Jakakolwiek zmiana wypracowanych procedur i metod działania wymaga godzin ustaleń i zręcznego balansowania między interesami poszczególnych działów. Z drugiej strony rozumiem, że szanowana międzynarodowa marka nie może sobie pozwolić na wdrożenie wszystkich szalonych pomysłów swoich marketingowców. Dlatego też obok pracy na pełen etat stworzyłem sobie sygnowane własnym nazwiskiem poletko doświadczalne wśród małych i średnich firm.

Właścicielom MiSiów jednego nie można odmówić – ułańskiej fantazji. Pamiętacie to słynne zdjęcie spreparowane przez hitlerowską propagandę, na którym polska kawaleria szablami atakowała niemieckie czołgi? Kto prowadzi własną firmę, ten się w cyrku nie śmieje. Gdy po raz kolejny próbowałem wytłumaczyć, że z budżetem w kwocie 100 zł miesięcznie ciężko będzie wojować z Castoramą, czy innym lirojem merlinem, to coś we mnie w środku w Czesiu umarło. Żeby nie było, poczuwam się do roli ojca kilku sukcesów moich lokalnych klientów, ale każde kolejne zlecenie tej skali coraz bardziej odbijało się na moim psychofizycznym dobrostanie.

Gdy któregoś pięknego dnia pani w biedronce po raz pierwszy nie poprosiła mnie o dowód, skonstatowałem, że stuknął mi już 35. krzyżyk. W gruncie rzeczy półmetek ziemskiej tułaczki to taki śmieszny okres w życiu. Żyjesz sobie niby normalnie, aż tu nagle któregoś dnia budzisz się i masz swój ulubiony warzywniak. Pierwszą pozycją na liście zakupów nie jest już krata browarów, tylko melisa i ibuprom.

Zupełnie poważnie zaczynasz się też zastanawiać, dokąd nocą tupta jeż i kto spotkał dziub-dziuba. Lodówka pełna, hipoteka się spłaca, córka zaczyna spotykać się z chłopakami, nawet na cenę benzyny nie zwracasz już uwagi, tylko za każdym razem lejesz do pełna. Jednocześnie swoich znajomych ze szkolnej ławy częściej spotykasz na pogrzebach rówieśników niż ich ślubach.

Dlatego też pewnego popołudnia trzasnąłem klapą komputera, wyłączyłem telefon i razem ze swoją żoną i córką poszedłem puszczać latawiec. Zadałem sobie wtedy jedno zajebiście, ale to zajebiście, ważne pytanie: co lubię w życiu robić? A potem zacząłem to robić.